Krótka historia pewnej kobiety

– Do cholery, Andrzej!

– Co się znowu stało?

– Co mówiłam o wieszaniu ręczników?!

– Oohm…

– No właśnie!

 

Na zewnątrz było chłodno. Pewnie było jakieś pięć stopni na plusie chociaż to już był prawie grudzień, lecz wiało gwałtownie, bez namysłu i prawie bez przerwy. Gałęzie drzew uginały się, poddawały zdecydowanej, apodyktycznej sile podmuchu. Zupełnie jakby zamieniły się w  plastelinę. Wyginały się niemalże we wszystkie strony. Na chwilę tylko dane im było odetchnąć, zebrać siły na więcej. Obserwowałam jak jedna z gałęzi sosen kłania się coraz niżej. Widok jej cienia na białej ścianie wydawał się całkiem przerażający. Czy wiatr może być na tyle silny by wybić okno i przedrzeć się do naszego mieszkania? Andrzej już spał. Nie do wiary, z jaką łatwością mu to przychodziło. Ja potrzebowałam co najmniej godziny, by zanurzyć się w innym stanie. W stanie spokoju i ciszy, odmiennym od tego, w którym bywałam ostatnio.

 

Dasz zapalić? Podbiegłam do obcego mężczyzny w zbyt luźnej marynarce. Nie przestraszyła go moja nachalność, porywisty wiatr czy przelatujące wrony. Co robisz? Dlaczego sam w  niedzielne popołudnie? Pójdziemy coś zjeść? Kiedy go poznałam, widziałam przystojnego, eleganckiego (choć nieprzesadnie), pewnego siebie, niezależnego i może trochę nieśmiałego studenta architektury. Podniecał mnie jego spokój. Mogłam go jeść łyżkami, a i tak starczyło go do jutra. Andrzej zwykle sam nie musiał o nic prosić. Dawałam mu siebie jak wolontariuszka świadoma roli, jaką pełni. Jak kobieta, która pragnie poczuć się kobietą. Zamieszkaliśmy razem.

 

Dni toczyły się w regularnym i nudnym rytmie. Jakby mało utalentowany muzyk stukał pałeczkami, a drugi próbował do tego przygrywać na gitarze, co jakiś czas zostawiając ciszę na przemyślenie melodii. Zajmowałam się tym co zwykle. To znaczy, kiedy stałam się bezrobotna. Pranie wciąż tych samych metek w czterdziestu stopniach, prasowanie niezmiennych pasków i krat na koszulach oraz dokładne mycie miejsc sanitarnych. Sfrustrowana. Życie było takie niesprawiedliwe. Co robiłam nie tak? Marzenie o  projektowaniu ubrań nie spełniło się. Chciałam tylko skończyć ze sobą, tak bardzo się nienawidziłam za poniesione porażki. Rodzina liczyła, że znajdę jakąś „pewną” pracę w biurze, na ciepłym stołeczku. Nie o to mi chodziło, choć w pewnym momencie zatraciłam się w tym, czego chcę. Szara cera i zaniedbane włosy spływające po wystających łopatkach i  zniechęconych piersiach. Zgryźliwy robak, który od czasu do czasu jest w nastroju na ironiczny śmiech.

 

– Chodź do łóżka – Andrzej odsunął pasmo moich włosów, by musnąć ustami moją szyję. Zrobiło mi się ciepło. Parsknęłam nawet śmiechem. Zupełnie jak nastolatka, która ma wątpliwą wiedzę, co z czym się „je.” Wstydzi się swojego ciała. Nieobyta, niepewna, zupełnie świeża. Wsunęłam się pod jego ramię jak w ciepłą kieszeń. Zamieszkałabym tam, gdybym miała pewność, że będę wolna od zmartwień i świństw tego poplątanego świata. Objęłam żebra, które jakby za chwilę miały przebić jego bladą skórę. Czułam, jak się nagrzewa, rumieni i pulsuje w niepasującym do niego nieopanowaniu. Najwyraźniej oszczędzał swój temperament na takie chwile. Wierzgał nogami tak, że prawie ściągnął prześcieradło. Spiłam pot z jego czoła i zerknęłam na grymas twarzy zatopionej w  wypożyczonym śnie. Dziwnie podobał mi się taki. Odleciał.

 

Robale w mojej głowie

Za Chiny się nie dowiem

Jak sprawić, by spieprzały

Dokuczliwe dyrdymały

 

To była jedna z przedświątecznych nocy. Centra handlowe od prawie miesiąca były ubrane w  świąteczne dekoracje, melodie i zapachy, które bardziej odstraszały niż tworzyły ciepłą atmosferę. Zrobiliśmy z Andrzejem kolację. Jak zwykle obejrzeliśmy serial i poszliśmy do łóżka. Nie rozumiałam, jak on może mi to robić. Prosiłam go, by odkładał ubrania na swoje miejsce do szafy. Czy on ma pięć lat?! Może jest po prostu niedorozwinięty? A może tylko kieruje nim złośliwość? Kto by z nim wytrzymał? Kto by się opiekował jak ja, pomimo stanu depresji, przez który przechodzę? Mam dosyć! Wykrzyczałam te i inne myśli, które wypadały jedne po drugich bez takiego zamierzenia. Jak kot, który bez uprzedzenia zwraca pokarm małymi kałużami, krztusząc się przy tym.

 

Ze skały, jaką był Andrzej musiało coś się wykruszyć. Jedyne, co wychodziło z jego ust to coś w rodzaju warczenia lwa. Nie udało mu się wyryczeć ani jednego zrozumiałego słowa. To był moment, aż zobaczyłam cień jego ręki na białej ścianie, która trzymała w górze swoją dużą poduszkę tylko po to, by wycelować w moja twarz. Nie wiem dokładnie, ile czasu tak trzymał. Wydawał się bardzo zdeterminowany, jak nie on. Musiało to trwać co najmniej kilka minut, bo zdążyłam wyobrazić sobie siebie jako projektantkę podróżującą po całym świecie, pracowałam z najznakomitszymi modelami i modelkami oraz wraz ze swoją ekipą organizowałam najwspanialsze pokazy. Byłam taka spełniona. Głowa wydawała się być wypełniona wodą, a w niej beztrosko pływały rybki akwariowe. Miały przeróżne kolory, choć dominował niebieski.

Minęły święta, ferie zimowe i weekend majowy. Życie stukotało jak wcześniej – beznamiętnie i bez wyrazu. Ja ciągle pływałam w swoim śnie.

 

Czy siebie nienawidzę? Nie. Ogarnia mnie miłość. Taka, która wypełnia ciepłem, choć nie zna wielu słów. Jedyną drogą, by kochać i szanować innych jest najpierw pokochać i  zaakceptować siebie.

 

Lepiej wcześniej niż późno.

 

Opowiadanie konkursowe. Tekst i grafika: Wioletta Jagodzińska.

Leave a Reply